24.09.2017

Kosmetyki, które uratowały moje włosy



       Budzę się jeszcze przed alarmem, leniwie przeciągam swoje długie ciało i poprzez zasłonięte rolety próbuję odgadnąć jaka będzie dzisiaj pogoda. Oczywiście Hiszpania nie zaskakuje zazwyczaj zmiennością i jeśli chodzi o pogodę ciągle świeci słońce i jest ciepło, jakkolwiek zdarzają się kapryśne dni, które przypominają mi długie wieczory z gorącą herbatą w rodzinnym domu w Polsce. Takie deszczowe dni są najgorsze nie tylko dla naszego samopoczucia, ale również dla włosów, które niesfornie skręcają się w puszyste loki, są rozwiane, brak im objętości i uniesienia u nasady. Istny koszmar! Taka fryzura z pewnością może popsuć dzień. Nerwowe przeglądanie się w lustrze i nieudolne próby ich ułożenia. Dzisiaj chcę Wam przedstawić nową miłość, kosmetyki, które uratowały moje włosy.

       Większość z Was wie, że pracuję jako modelka. Codzienne zabiegi stylistyczne wykańczają moje włosy. W ciągu jednej sesji zdjęciowej na mojej głowie powstaje niezliczona ilość fryzur. Od kręconych, po prostowane, tapirowane, lakierowane... Ghr... można wymieniać bez końca, nie wspominając przy tym o fryzjerkach, które zawsze uważają, że im więcej lakieru, tym lepiej, a kolejna sesja prostowania prostych już włosów wcale nie zaszkodzi. Takie dni oznaczają mękę, a tym samym próbę przetrwania dla moich włosów. Co ratuje mnie z opresji i jak radzę sobie z pielęgnacją? Zobaczcie poniżej!





Vianek

      
       Oczywiście pierwszym krokiem zaraz po zakończeniu sesji zdjęciowej jest pozbycie się wszystkich produktów, jakie zostały nałożone na moje włosy przez cały dzień. Z ogromną ulgą zmywam z nich lakiery, kolorowy puder, wsuwki, które jakimś cudem ukryły się między kosmykami, czy wściekle wyrywające włosy gumki recepturki, które może nie są wygodne i najlepsze, ale za to nie widać ich na zdjęciach. Do tej pory stosowałam wiele różnych szamponów, unikałam SLS- ów i  zbędnych substancji. Potrzebowałam czegoś delikatnego, a tym samym skutecznego. Codzienne mycie włosów wykańczało i osłabiało je. Po każdym czesaniu zauważałam coraz większą ilość pozostawionych na szczotce kosmyków. Moje włosy wołały o pomoc. Każdy z szamponów przynosił tylko chwilową poprawę, potrzebowałam produktu, który idealnie umyje skórę głowy, nie podrażniając jej. 






       Odpowiedzią na problem okazał się Vianek normalizujący Szampon do włosów normalnych i przetłuszczających się. Wzbogacony w ekstrakt z pokrzywy reguluje pracę gruczołów łojowych, wzmacnia cebulki i hamuje wypadnie włosów, co zauważyłam od razu po kilku stosowaniach. Włosy stały się mocniejsze i grubsze. Olejek eukaliptusowy tonizuje skórę głowy i odświeża. Moje włosy odzyskały miękkość i elastyczność dzięki zawartym w szamponie panthenolu i kwasie mlekowym. Szampon zapewnia mi pewną ochronę i skuteczność przy każdym myciu włosów, nawet po najbardziej kłopotliwej sesji zdjęciowej, która funduje mi artystyczny bałagan na głowie i zniszczenie włosów. Vianek daje radę!


Sylveco

      
       Dopełnienie całego rytuału! Produkt, bez którego obecnie nie wyobrażam sobie skutecznej pielęgnacji. Nadaje włosom blasku, gładkości i elastyczności. Podczas stosowania spostrzegłam, że moje włosy stały się mocniejsze i zdrowsze, nie dostrzegam już białych, irytujących końcówek, które łamią się i rozdwajają. Codziennie mycie głowy stało się przyjemnością, wiem, że moje włosy są w najlepszych rękach. Pod opieką Sylveco żadne zabiegi stylistyczne nie są mi straszne. W pracy nie krzywię się za każdym ruchem prostownicy lub lokówki. Zaprzyjaźniłam się ze stylistkami, które tworząc dane fryzury na sesje zdjęciowe, zwyczajnie wykonują swoją pracę. Natomiast ja każdego dnia dbam o swoje włosy razem z Sylveco. Lniana maska do włosów zawiera ekstrakt z nasion, len zwyczajny oraz olej kokosowy. Ta magiczna mikstura sprawia, że włosy odzyskują swoją świetną kondycję, a ja mogę cieszyć się zdrową strukturą włosa każdego dnia!






A jaki jest Twój ulubiony zestaw do pielęgnacji włosów?






20.09.2017

O rany! Znów zmieniłam adres!



       Przywykłam. Od pięciu lat zmieniam adres co trzy miesiące. Pakuję swoją wielką walizkę, biorę komputer pod pachę, a w dłoni trzymam paszport, przepustkę do życia włóczykija. Podróżuję czy żyję na walizkach, ludzie różnie to zwą. Dla mnie stało się to stylem życia, uzależniającą dawką adrenaliny. Uwielbiam poznawać nowe miejsca, zagłębiać się w odmiennej kulturze i obyczajach. Razem z nowymi smakami chłonę całą atmosferę, obserwuję ludzi, przyzwyczajam się do otaczających mnie zapachów i kształtów. Pierwsze dni w nowym kraju zawsze są jak sen na jawie. Wszystko takie nietypowe, odmienne. Nawet powietrze pachnie inaczej! Buszuję po supermarketach i nie odnajduję typowych polskich produktów, próbuję przeczytać instrukcję obsługi danych przedmiotów i nic! Zupełny galimatias! I wiecie co? Uwielbiam to!  Czuję wtedy, że cały świat stoi otworem. Rozpiera mnie siła i energia do poznawania nowych miejsc, a ciało nieomylnie podpowiada, że to miejsce odmieni moje życie. Tak jest za każdym razem. W każdym z miejsc poznaję nie tylko nowy język, kulturę i ludzi, odkrywam również samą siebie. 

       Pisarka Mary Anne Radmacher napisała: 


       „Nie jestem tą samą osobą, odkąd zobaczyłam blask Księżyca na drugim końcu świata.





        Moja długa podróż przywiodła mnie do Hiszpanii, do miejsca, w którym pierwszy raz w życiu powiedziałam TAK! Od niespełna miesiąca stałam się mieszkanką Katalonii. Chłonę nowy język, poznaję tradycje i obyczaje tego kraju i powoli staję się częścią tej społeczności. Czy to oznacza koniec mojego życia jako włóczykija? Czas pokaże! Z pewnością nie odmówię kolejnym podróżom, bo to właśnie one kształtują moją osobowość. Teraz będę słodko leniuchować. Popijać wino w restauracji nad brzegiem morza, zajadać  się bagietką i owocami morza. Będę smakować życie razem ze słoną bryzą i wiatrem we włosach. Spróbuję mówić po hiszpańsku i wymachiwać rękoma z tak wielkimi emocjami jak rodowite Hiszpanki. Z polską duszą i miłością do świata będę poznawać kolejny kraj. Witaj Hiszpanio!







       To również oznacza zmiany na blogu! Nadal będziemy odkrywać razem świat, szukać recepty na szczęście i zaglądać za kulisy życia modelek. Pokażę Wam również jak mieszkam w Hiszpanii, oprowadzę Was po uliczkach Barcelony i innych magicznych miejscach. Odkryję przed Wami tajemnice hiszpańskiej mentalności oraz ich przyzwyczajenia. Pozwólcie mi jednak rozgościć się wygodnie w moim nowym mieszkaniu. Rozpakować się na dłużej, kupić ulubiony kubek do kawy, rozkoszować się wygodną sofą z widokiem na kołyszącą się błękitną  wodę w basenie i co najważniejsze podpiąć się do zbawiennych łączy Internetu!

       Zostajecie razem ze mną? Zapraszam -> tutaj oraz w skromne progi instagrama G_Pauli


Osiedlająca się,

Paulina G Lifestyle


BLUZKA- ZARA
PLECAK - ZARA
BUTY - NIKE



16.09.2017

Hiszpańskie wesele



       Gdy wypowiem słowo wesele jaka pierwsza myśl przychodzi Wam do głowy? Kościół udekorowany kwiatami? Chwile wzruszenia? Dobre jedzenie przez całą noc i zabawa do białego rana? Głośna muzyka, parkiet pełen gości wirujących w tańcu i honorowa Para Młoda? Myślę, że każdy z nas ma zupełnie inne wyobrażenie idealnego ślubu, co więcej, każdy kraj ma swoje własne tradycje i sposób organizowania tak wyjątkowych imprez. W zeszły weekend miałam okazję zobaczyć jak wygląda typowe hiszpańskie wesele! Jesteście ciekawi czy polskie wesela bardzo różnią się od zachodnich tradycji? Usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie...





       Przepiękny ogród z krętymi ścieżkami wyłożonymi jasnoróżową kostką. Soczyście zielona trawa, na której zostały ustawione kwiaty w drewnianych donicach, wielkie białe litery na cześć bohaterów wieczoru - Christian i Lorena, z dumą witają gości. Po prawej stronie tuż przy głównym wejściu do restauracji znajduje się mały kącik wspomnień. Na tablicach umieszczone są zdjęcia Pary Młodej. Uśmiechnięci we Włoszech, zabawne selfie, wspinaczka górska, spacer z psem... najpiękniejsze momenty zatrzymane w kadrze, historia dwojga ludzi, którzy już niedługo powiedzą sobie TAK. Kątem oka zerkałam na wejście do restauracji, ustawione stoły i dekoracje. Skłamię, jeśli powiem, że nie burczało mi już w brzuchu. Zbliżała się godzina 19, a to jak na moje polskie weselne przyzwyczajenia zdecydowanie późna pora. Tymczasem Hiszpanie uwielbiają organizować wesela o zachodzie słońca. Powietrze robi się zdecydowanie chłodniejsze, a widok znikającej za horyzontem złotej kuli tworzy romantyczny klimat. Wróćmy jednak do najważniejszego!






Ceremonia zaślubin

      
       Podczas gdy nasz polski klimat płata figle i droczy się z Parą Młodą tak też Hiszpanie słyną z organizowania wesel w plenerze. Nie martwią się deszczem, wichurą czy niespodziewanym spadkiem temperatury. Stawiają piękne altany, dekorują kwiatami, rozkładają królewskie dywany i z pewnością siebie zapraszają gości. Żadna pogoda nie zepsuje im tego wyjątkowego wydarzenia. Szczęściarze... Jak przystało na hiszpańskie wesele ceremonia odbyła się w plenerze tuż przy restauracji. Przepiękne patio z widokiem na górzyste tereny i migające w oddali światła Madrytu tworzyły iście filmową scenerię. Fioletowy dywan usypany kwiatami, prowadził prosto do ołtarza – altany udekorowanej świecami i wstążkami. Elegancko, uroczyście, a tym samym przytulnie i swojsko. Właśnie tak mogłabym określić atmosferę tego wesela.  





       Ceremonię rozpoczęło wejście Pana Młodego wraz z jego mamą. Następnie wszyscy niecierpliwie wyczekiwali Panny Młodej. Tutaj wyrazy współczucia dla mężczyzn, których droga do ołtarza nie jest aż tak spektakularna jak kobiet. Wybaczcie! Jakkolwiek lejące się materiały białej sukni, sunące treny i falujące welony zdecydowanie wpisują się do jednej z piękniejszych atrakcji wieczoru. Tym razem też tak było! Panna Młoda kroczyła dumnie po rozłożonym specjalnie dla niej dywanie, podtrzymywała spadające kaskady białej sukni, a welon sunął się z wdziękiem  zbierając rozsypane płatki róż. Ah! Tutaj muszę zaznaczyć, że po raz pierwszy widziałam zaskoczenie na twarzach przyszłych małżonków, którzy do tej pory nie widzieli się w weselnych kreacjach. Podoba mi się ten akcent! Taki filmowy, hollywoodzki, romantyczny! W Hiszpanii pomija się błogosławieństwo oraz wspólną drogę narzeczonych do kościoła, stąd też droga Panny Młodej do ołtarza jest spektakularnym momentem. Łzy wzruszenia, zaskoczenie na twarzy przyszłego małżonka, chwila oczekiwania na magiczne słowa przysięgi.

 

Biorę sobie Ciebie za męża i...


       Obecnie bardzo popularne są osobiste przysięgi, piękne listy napisane z głębi serca. Wspomnienia, uczucia i ta intymna sfera, w której małżonkowie tworzą własną obietnicę na całe życie. Tak też było i tym razem. Długie przemowy pełne wzruszeń i emocji, historia pierwszych randek i wyznania miłosne. Ohy i Ahy! W tym momencie nie ma chyba tak stalowego serca, które nie uroniłoby chociaż jednej łezki.

       Po złożeniu przysięgi i nałożeniu obrączek nadchodzi czas na zapalenie świecy. To hiszpańska tradycja, w której za pomocą dwóch płonących świec, trzymanych przez małżonków zapala się trzecia, największa. Symbolizuje ona jedność, połączenie dwóch dusz w jedną i obietnica na całe życie. Chwila rozmarzenia, wielkie brawa, obsypanie nowożeńców ryżem jako zakończenie ceremonii i czas na wielką zabawę! Ale...



Małe „Pika Pika”


       Zanim goście zasiądą do stołów, a talerze wypełnią się sycącymi potrawami konieczne jest Pika Pika. Co to takiego? Nic innego jak aperitivo, przekąski podawane przez kelnerów przed wejściem do restauracji. Patio wypełnia się tacami, ciężkimi od rybnych nugetsów, kremu z łososia, szaszłyków z owoców, sajgonek, sushi czy malutkich kwadratowych tostów z tradycyjnym serem. Nie obędzie się również bez lampki wina. Taki hiszpański koktajl trwa niecałą godzinę. Goście przez ten czas witają się z resztą rodziny lub znajomych, gratulują Parze Młodej i zwyczajnie ganiają za kelnerami, podjadając wszystkie pyszności. Bardzo często jest to również okazja do zrobienia sobie pamiątkowych zdjęć z nowożeńcami typu Just Married.





Kolacja


       Po rozdrażnionych żołądkach przez małe przekąski wreszcie nadchodzi czas na porządną kolację! Na stoły kolejno wjeżdżają przystawki, dania główne i desery. Tutaj jednak byłam zaskoczona, gdyż jest to jedyny i ostatni posiłek podczas całego wesela. Restauracja oferuje w menu 3 lub 4 posiłki plus deser i zamyka swoją kuchnię. Co oznaczają trzy dania? Przystawkę – w moim przypadku było to pure z owoców morza i lampka białego wina. Pierwsze danie – ryba z warzywami oraz tradycyjnie lampka białego wina. Drugie danie stek z wołowiny z pieczonymi batatami i dla odmiany czerwone wino. Po sycących potrawach czas na deser, czyli czekoladową tartę lub ciasto francuskie z owocami. Pyyyyszności! Po takiej kolacji ciężko jest czuć się głodnym, jakkolwiek po raz kolejny moje polskie przyzwyczajenia dały o sobie znać. Czułam dziwny niedosyt. Jak to nie ma więcej deseru? A nie ma żadnej sałatki do spróbowania? Czy kucharze niczym już nas nie zaskoczą?



Nie pijemy wódki...


      Czy pocałunek był czy też nie był wódki w Hiszpanii się nie pije. Za co wielkie brawa. Podczas całego wesela nie polała się ani jedna kropla, żadnych tłuczonych kieliszków, picia na drugą czy dziesiątą nóżkę. Nic! Zero! Białe i czerwone wino oraz szampan. Idealnie, kulturalnie, kropelkami do degustacji. Brawa Hiszpanio!






Żeby tradycji stało się zadość...


       Podczas gdy my Polacy kołyszemy się przy stołach podczas śpiewania „do przodu, do tyłu...” czy narzekamy na gorzką wódkę, Hiszpanie mają własne gry i zabawy. Jedną z najbardziej zaskakujących okazało się dla mnie machanie białymi serwetami na cześć Młodej Pary. Gdy Młodzi wchodzą do restauracji, wychodzą na środek parkietu lub goście zwyczajnie chcą wznieść toast zamiast kieliszka w górę, podnoszą białe serwety i obracają nimi dookoła niczym jeźdźcy na rodeo. Wygląda to przekomicznie! Co jakiś czas krzyczą Viva los novios, co oznacza 100 lat dla Młodych, a białe serwety wirują w powietrzu. Viva!



Zabawa do białego rana


       Zaczyna się! Tańce, hulanki i swawole. Śmieszne kroki, wygibusy, tradycyjne macareny, asereje czy nowoczesne despasito. Hamulce znikają, wszyscy bawią się wybornie i porywają do tańca. Kolejna różnica, którą udało mi się przyłapać to, że Hiszpanie nie przepadają za tańcem partnerskim, zwyczajnie faworyzują się w kółeczkach, zabawnych krokach, które wszyscy naśladują, kołysaniu się w rytm muzyki i rozmawianiu. Inaczej, ale też można się przy tym dobrze bawić. Długie suknie kobiet wirują w tańcu, wypolerowane pantofle mężczyzn świecą się na parkiecie, uśmiechnięci nowożeńcy szczęśliwi jak nigdy przedtem. Ah! Przetańczyć chcę całą noc...






       I ja tam byłam, miód i wino piłam... A Wy? Byliście kiedyś na zagranicznym weselu? Jakie są Wasze wrażenia z takich imprez? Koniecznie dajcie znać w komentarzach, a jeśli wpis Was zainteresował, podajcie go dalej!



Tanecznego weekendu!   

SUKIENKA - A. RUDZKA (TUTAJ)
BUTY - WOLSKI (TUTAJ)