19.01.2018

Kochaj- to takie proste!



       Zakopuję się w łóżku zmęczona po całym dniu. Pod nogi podkładam sobie olbrzymie poduchy i czuję jak krew znów zaczyna krążyć własnym umiarkowanym rytmem. Cały dzień na nogach w szpilkach zdecydowanie daje o sobie znać.  Ostatnie tygodnie nie były  łatwe.  Sezon ruszył pełną parą, a ja ku memu zdumienie mam coraz więcej pracy i sesji zdjęciowych. Zawsze jawi się to jako wymarzone zajęcie, które trudno nazywać pracą, ale moje ciało woła o wypoczynek. Nogi bolą, głowa pęka, skóra wysyła czerwone sygnały na nadmiar kosmetyków kolorowych, a ciało odmawia posłuszeństwa. Co to był za tydzień! Dziesięć godzin sesji zdjęciowych do tego dojazdy do domu i głęboki sen. Satysfakcja, radość z wykonywanej przeze mnie pracy i małe gesty które zdecydowanie ratowały każdy mój dzień.

Drobne gesty mówią najwięcej


       Niespodziewany telefon od mamy, która  dzwoni, aby życzyć mi miłego dnia. Romantyczna wiadomość od narzeczonego, dodająca siły i wytrwałości w pracy lub przygotowany  na wynos obiad. Uroczy gest przyszłej teściowej która przyniosła mi torbę pełną ubrań z Primarku z troski, że przecież ostatnio tyle pracuje że nie mam czasu na polowanie na wyprzedażach. Uśmiech ekspedientki w piekarni, która podaje mi kawę z croissantem i szczere „przepraszam” od mężczyzny który trącił mnie swoim ramieniem próbując złapać pociąg w ostatniej sekundzie.






      Drobne gesty które roztapiają moje serce. Młoda dziewczyna biegnąca w szpilkach za kobietą z wózkiem, której pociecha zgubiła pluszaka, staruszkowie wychwalający psy sąsiadów zamiast zawzięte krzyczenie i narzekanie, że znów czworonogi sikają nie tam gdzie trzeba. Czy świat nie jest wtedy piękniejszy? Czy nie uśmiecha nam się promienniej? Czy nie żyje nam się lepiej?


Prawo dawania jest bardzo proste. Jeśli pragniesz radości, dawaj radość. Jeśli miłość jest tym, czego poszukujesz – zaoferuj miłość. Jeśli pragniesz materialnego bogactwa – pomagaj innym stawać się bogatymi. [Deepak Chopra]



       
       Dzisiaj wychodzę do pracy z większym uśmiechem. Siadam do taksówki i z uprzejmością zaczynam rozmowę z zazwyczaj gadatliwym kierowcą. Wchodzę do studia i witam się z każdym z osobna. Zauważam nową fryzurę wizażystki i pytam stylistki jak minął miesięczny urlop w Brazylii. Już po chwili asystent fotografa przynosi mi kawę z mlekiem, moją ulubioną, a ja pożyczam mu obiecaną książkę. Wymiana gestów, dobroci i miłości. Zupełnie niewymuszona, bo czy nie łatwiej jest wtedy przeżyć każdy kolejny dzień z uśmiechem na twarzy i szczerą radością wypełniającą ciepłem nasze serca.  





      Życzę Wam moi kochani jak najwięcej takich ciepłych gestów codzienności. Pocałunku o poranku, słów motywacji i uznania. Świeżych kwiatów i uśmiechu, rzuconego przez pana listonosza. Tym samym nie zapominajcie, że dawanie też jest fajne! Przytul mamę, powiedz jak bardzo kochasz swoją drugą połówkę i zapukaj do sąsiadki z ciastem domowej roboty.


Kolorujmy świat przez drobne gesty miłości!


Miłego dnia, a to już przecież piątek!



14.01.2018

Deltebre- powiew lata



       Dopijam ostatni łyk kawy, zarzucam gruby szal na ramiona i wychodzę z domu. W mojej głowie kłębi się tysiące myśli o goniących projektach, wylocie do Portugalii i zimowych wyprzedażach, na które z barku czasu nie mogę iść. Może to i lepiej- myślę optymistycznie i otwieram drzwi klatki schodowej. Zimny i wilgotny wiatr uderza moje policzki tak, że kulę się i krzywię z niesmakiem, dziękując sobie w duchu, że zrezygnowałam dzisiaj z włożenia ulubionych jeansów z olbrzymimi dziurami na kolanach. Mieszkam w Hiszpanii, ale to wcale nie oznacza, że zapomniałam o uczuciu zimna, zlodowaciałych dłoniach i gęsiej skórce. Jestem chyba jedyną osobą, która nawet w Hiszpanii zawsze nosi czapkę i podwójne skarpety, a gruby sweter to warunek przetrwania dnia. Kiedy mam już dosyć zimna i oprócz hektolitrów wypitej herbaty potrzebuję czegoś na rozgrzanie zawsze wracam do wspomnień z minionego lata. Przeglądam zdjęcia, uśmiecham się na myśl o przeżytych przygodach i niemalże czuję promienie słońca, dotykające moją twarz. Pod stopami mam gorący piasek, w oddali słyszę szum fal, a moje ciało przykryte tylko kwiecistym bikini chłonie słońce, rumieniąc się. Tak swobodnie i beztrosko po namiastkę raju. Dzisiaj zapraszam Was na powiew lata i smak przygody!






Smak przygody


     To było w sierpniu, kiedy jeszcze niczego nieświadoma przyleciałam do Hiszpanii na wakacje. Razem z moim chłopakiem zadecydowaliśmy spędzić kilka dni w malutkim miasteczku położonym na wybrzeżu Costa Daurada w Katalonii. Malutkie plaże ulokowane między klifami, ogromne fale, rozbijające się o skały, krzyk mew, mięciutki piasek pod stopami i nieograniczona ilość wolnych godzin wypełnionych spacerami, pływaniem w morzu i pluskaniem się w basenie. Nie brakowało nam też wtedy wina, owoców morza i słodkich deserów. Istny raj i tym samym ogromna nuda dla takich podróżników jak ja i mój narzeczony. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że pakujemy się i odwiedzimy jedno z najbardziej spektakularnych miejsc w okolicy. Ostatniego dnia naszej rezerwacji w hotelu wpakowaliśmy się do auta razem z naszymi kolorowymi dmuchanymi kołami ratunkowymi i wyruszyliśmy w drogę!

       Podczas godzinnej jazdy kierowaliśmy się cały czas na zachód. Nasze oczy cieszył krajobraz górski, kuszące restauracje i baseny z rześką wodą idealną do schłodzenia w trakcie podróży. Zauważyłam, że im dłużej jedziemy, tym mniej zabudowań, ludzi i sklepów. Drogi znacznie zaczęły się zwężać, a po obu stronach zostaliśmy otoczeni polami ryżowymi, rozciągającymi się na kilometr. Nie miałam pojęcia dokąd jedziemy, miałam dziwne wrażenie, że zmierzamy w kierunku pustyni i jak okazało się później – nie myliłam się. Dotarliśmy do Deltebre, miejscowości położonej w pobliżu delty rzeki Ebro. Po zaparkowaniu auta spodziewałam się kolejnych godzin na plaży i spacerów w celu odkrycia nowej okolicy. Mój narzeczony jednak ogłosił, że bierzemy najpotrzebniejsze dla nas rzeczy takie jak woda, krem z filtrem, okulary słoneczne i wyruszamy w podróż! W pobliżu nie mogłam znaleźć żadnych sklepów, ani też zabytkowych budynków godnych zwiedzania. Jedna mała restauracja przy plaży i długo długo nic... zupełnie jak na pustyni! Po kilku minutach skojarzyłam, że jesteśmy na jednej z dłuższych plaż wybrzeża, która prowadzi do latarni morskiej, a ciągnące się kilometry obok to przestrzeń, należąca do rezerwatu przyrody. Nagle słońce zaczęło parzyć moją skórę mocniej, a podekscytowanie na myśl o nadchodzącej podróży dodało mi jeszcze więcej energii. Zdjęłam buty, założyłam okulary przeciwsłoneczne i pobiegłam na spotkanie przygody!







Smak lata


    Pamiętam parzący piasek pod stopami i mój głośny pisk, kiedy skakałam do góry, starając się uciec od gorącej ziemi. Pamiętam morską bryzę, plączącą moje włosy i szum fal jako jedyny odgłos, dobiegający moich uszu. Pamiętam to uczucie wolności, gdy zdałam sobie sprawę, że w tym miejscu nikt nie może mnie znaleźć. Byłam tam tylko ja,mój narzeczony i krzyczące mewy. Zapomniałam o mediach społecznościowych i istnieniu telefonów, nie potrzebowałam ubrań ani biżuterii. Ubrana w cienkie body łapałam promienie słońca, biegnąc wzdłuż plaży i czułam, że cały świat zaginął. Została tylko ta pustynia. Całe cztery kilometry ciągnącej się plaży, gdzie po prawej stronie fale moczyły moje stopy, a po lewej rozciągał się widok na wydmy usypane z piasku i pustynne rośliny. Raz na jakiś czas mogłam obserwować ptaki nieznanego mi gatunku, które przylatywały karmić swoje małe pociechy. Wydmy ogrodzone były ciernistymi kolcami tak, aby nikt nie mógł tam wchodzić i niszczyć przyrody. Z daleka obserwowałam ten magiczny widok. Miejsce, które nie było dostępne dla człowieka. Raj, który zwierzęta mogły mieć tylko i wyłącznie dla siebie. Cisza i spokój, jaką podarowały właśnie temu miejscu.

      Przez cztery kilometry  szliśmy żwawym tempem, zatrzymując się co jakiś czas przy dziwnych śladach, pozostawionych na piasku lub w celu zrobienia zdjęć. Gdy doszliśmy do latarni morskiej opadaliśmy z sił. Słońce parzyło coraz mocniej, mój brzuch burczał z głodu, a skóra nie bawiła się już tak dobrze w słonym piasku i powietrzu. Dziwne uczucie paniki, a tym samym ekscytacji ogarnęło moje ciało. Wiedziałam, że żadne auto nie przebije się przez wysoko usypane wydmy, pustkowie i rezerwat przyrody, na który jest zakaz wstępu. Niesamowita adrenalina szeroko otwierała moje oczy, ciało zapomniało o zmęczeniu, a nogi gotowe były do kolejnej podróży. Łącznie przeszliśmy tego dnia osiem kilometrów. Osiem kilometrów pełnych relaksującego spaceru po rozgrzanym piasku. Mnóstwo godzin wypełnionych spokojem i ciszą, przerywaną krzykiem mew i szumem fal. Nie widziałam żadnych budynków, ani restauracji. Zapomniałam o luksusowych hotelach, kuszących swoją ofertą oraz o przepełnionych budkach z pamiątkami za kilka euro. Była tylko ta mała cząstka wielkiego świata, tak odosobniona i pusta. Zupełnie zapomniana przez człowieka, a tym samym tak szczęśliwa z tego powodu. Miejsce, gdzie działalność człowieka nie zniszczyła natury i nie zabrała wolności żyjących tam zwierząt. Z podroży wróciłam wyciszona i oczarowana. Wycieńczona i spalona słońcem owszem, ale czymże to było w porównaniu do tak pięknego doświadczenia i krajobrazów?

 







      Dzisiaj, gdy na dworze zimno, a wiatr huczy za oknem. Siadam na kanapie z kubkiem gorącej herbaty i rozgrzewam się przy wspomnieniach tego dnia. Oglądam zdjęcia, uśmiechając się do nich szeroko i zastanawiam się jak wygląda to miejsce teraz. Mój prywatny sposób na rozgrzanie się w środku stycznia, kiedy zdaje się, że zima nie ma końca, a słodkie leniwe wakacje świąteczne właśnie dobiegły końca. 

       A jaki jest Twój sposób na najbardziej mroźne dni?     





10.01.2018

Odkryte perełki kosmetyczne – PuroBio



       Gdy tylko zaczynałam skrobać swoje pierwsze posty na blogu zarzekałam się, że nie będę pisać o kosmetykach. Przecież jak to! Ja? Podróżniczka i minimalistka, która na co dzień pracuje jako modelka i ma po dziurki w nosie kosmetyków, pędzli, cieni, podkładów itd.! Niby co miałabym pisać o mazidłach, które jak najszybciej zmywam z twarzy, gdy tylko przekroczę próg mieszkania po powrocie z sesji zdjęciowej. Uwielbiałam rytuał oczyszczania, nawilżania i szeroko pojętą pielęgnację twarzy. Podczas mojego półrocznego pobytu w Korei oczarowana zostałam naturalnymi kremami, maseczkami w płachcie, piankami do mycia twarzy i oh... długo mogłabym tak wymieniać! Miałam tego pod dostatkiem! Nie zdawałam sobie wtedy jednak sprawy, że pielęgnacja twarzy to także dobór odpowiednich kosmetyków do makijażu. Tak też rozpoczęłam poszukiwania swoich idealnych perełek. Dzisiaj opowiem Wam o PuroBio .Marce, która sprawiła, że polubiłam się malować. Produktach, które zdecydowanie mogę Wam polecić i w ramach tego łamię swoje postanowienie sprzed dwóch lat, a co! Podzielę się z Wami perełkami kosmetycznymi. Być może którejś z Was one również zawrócą w głowie?





Skąd? Gdzie i za ile?

  
       Na początek informacje ogólne. Kosmetyki produkowane są we Włoszech. Szczycą się certyfikatem produktów organicznych, które nie posiadają w swoim składzie parabenów i niebezpiecznych dla skóry syntetyków. Wszystkie produkty są testowane na zawartość niklu, które wykluczają możliwość alergii. Kosmetyki są zatem idealnym wyborem dla osób z wrażliwą skórą. Marka troszczy się również o bezpieczeństwo zwierząt, dlatego też produkty nie są testowane na zwierzętach, dowodem czego jest certyfikat wegański.

       Jak wiecie na co dzień pracuję jako modelka. Każdego dnia na moją skórę lądują kilogramy nieznanych mi kosmetyków. Daje mi to ogromną możliwość poznania i przetestowania nowości, jak i również ryzyko obciążenia skóry, alergii i innych podrażnień. Dlatego też, gdy nie jestem w pracy, a nadal chcę wyglądać świeżo i promiennie sięgam po organiczne i bezpieczne w użyciu kolorowe kosmetyki do makijażu. Właśnie tak trafiłam na PuroBio. Ze względu na troskę o moją cerę i zdrowie przy dalszej pracy jako modelka. Chcąc nie chcąc to własnie moja twarz jest narzędziem mojej pracy. Ciekawe jak spisały się u mnie produkty PuroBio? Zapraszam na recenzję!

BB CREAM SUBLIME 01


       Na pierwszy ogień idzie podkład, bez którego obecnie nie wyobrażam sobie mojego makijażu. Jego konsystencja jest tak lekka, że w ciągu dnia nie odczuwam, że noszę na cerze jakikolwiek kosmetyk. Podkład idealnie stapia się ze skórą i nie podkreśla suchych skórek lub zmarszczek. Bardzo ważne jest również to, że mimo dobrego krycia nie daje efektu maski. Doskonale przylega do skóry, nadając cerze promienny i naturalny wygląd. Konsystencja produktu  jest kremowa i lekka. Osobiście nakładam podkład na twarz palcami, ponieważ po kontakcie z ciepłą dłonią lepiej rozsmarowuje się na twarzy tworząc „drugą naturalną skórę”. Jakkolwiek kilka razy w całości wykonałam makijaż pędzelkiem i kosmetyk również świetnie zareagował.





        Z pewnością zapytacie jak długo podkład trzyma się na twarzy. Ze względu na moją pracę w wolne dni nie lubię mieć na swojej skórze makijażu przez cały dzień. Zazwyczaj borykałam się z uczuciem ciężkości lub nadmiernego przetłuszczenia się cery. BB CREAM SUBLIME sprawił, że pokochałam codzienne wykonywanie makijażu. Zdaje się, że mojej cerze kosmetyk również przypadł do gustu. Nie pokazują się żadne suche skórki, niedoskonałości czy zaczerwienienia. Makijaż nie jest jednak bardzo trwały, czego jednak nie ma się czemu dziwić. Nakładamy przecież na twarz składniki aktywne, które mają pomóc naszej skórze, a nie farbę do malowania ścian. Jakkolwiek krycie podkładu uznaję za dobre i jak najbardziej naturalne.

BB CREAM SUBLIME 01 od kuchni


       Gama kolorystyczna podkładu nie jest zbyt szeroka. Są trzy odcienie jasny 01, średni 02 i ciemny 03. Na początku zdawało mi się, że jest to zwyczajne niedopatrzenie, bo przecież jak miałabym dobrać odpowiedni dla mnie odcień. Okazało się, że martwiłam się zupełnie niepotrzebnie. Wybrałam odcień jasny 01 i muszę stwierdzić, że zauważyłam magiczne właściwości podkładu. Przy nakładaniu kosmetyk zdaje się być zdecydowanie ciemny, jednak po kontakcie ze skórą automatycznie kolor ociepla się i zaczyna się gra w kameleona. Podkład idealnie dopasowuje się do naturalnego koloru skóry, z czego jestem bardzo zadowolona!

          Czas na wielką ucztę, czyli składniki aktywne w produkcie. BB CREAM SUBLIME został wzbogacony w hydrolat z szałwii, olej morelowy, algi chlorella, olej z oliwek, masło shea i witamina E. Za pojemność 30 ml zapłacimy 59,99 zł co uważam za cenę rozsądną i wartą produktu.





Korektor w płynie Sublime 01


       Czym byłby podkład bez idealnego towarzysza, czyli korektora w płynie do pokrycia niedoskonałości, przebarwień czy nieprzespanych nocy. Korektor wyrównuje cerę, kryje niespodziewane krostki i rozjaśnia cienie pod oczami. W moim przypadku kryje świetnie, nie pozostawia dziwnych śladów ani suchych miejsc wokół krostki. Jedynym minusem kosmetyku jest jego opakowanie, które po delikatnym naciśnięciu wypuszcza na nadgarstek zbyt dużą ilość płynu. Wybaczam mu to jednak za nienaganną współpracę z moją cerą. Korektor Sublime wzbogacony został w hydrolat z szałwii, olej jojoba, glicerynę, olej araganowy i witaminę E. W swoim składzie zawiera również składniki o właściwościach ochronnych i przeciwutleniających, co umożliwia również stosowanie dla osób o wrażliwym typie cery. Produkt dostępny jest aż w pięciu odcieniach już za 39, 90 zł.




       Kosmetyki PuroBio stały się dla mnie idealnym rozwiązaniem! Nawet ze względu na częste nakładanie makijażu wiem, że marka idealnie dba o moje potrzeby. Produkty posiadają certyfikaty, są organiczne, przyjazne dla vegan i naturalne dla mojej cery. Z pewnością do nich wrócę, szczególnie do mojego ulubieńca BB cream Sublime. A Ty? Znasz tą markę? Jaki jest Twój ulubieniec w kosmetykach kolorowych?